Okoliczne legendy

Duchy tuczyńskiego zamku – Tuczno
———————

Legenda o czarodziejskiej górce – Rutwica (ok. 11 km od Tuczna)

———————

O księciu Dzierżykraju – Człopa (ok. 16 km od Tuczna) 

———————

Jak powstało pojezierze wałeckie? 

———————

Wałeckie jeziora – Wałcz (ok. 30 km od Tuczna)

———————

Łabędzie na jeziorze Zamkowym – Wałcz (ok. 30 km od Tuczna)

———————

Zamek w Wałczu – Wałcz (ok. 30 km od Tuczna)

———————

Dzwony z Jeziora Bytyń (ok. 15 km do Tuczna)

———————

Skąd się wzięły ziemniaki na Ziemi Wałeckiej?

———————

Ostatnia zabawa świętojańska

———————

Dąb Piastowski

———————

Leśny duch z wałeckiej bukowiny

 

W pięknie położonym nad jeziorem zamku w Tucznie, niegdyś
należącym do wielce zasłużonego rodu Wedlów – Tuczyńskich pojawiają się dwa widma: giermka
z sokołem na ramieniu i młodej kobiety w bieli.

Zamkowa opowieść wiąże owe zjawy z wypadkami, jakie rozegrały się na początku czternastego wieku. W owym czasie jeden z Tuczyńskich ożenił się z piękną panną należącą do świetnego wielkopolskiego rodu. Być może przymuszono ją do małżeństwa, bo między małżonkami rychło zaczęły się niesnaski, a gdy pan zamku na wezwanie króla pociągnął ze swym pocztem do Krakowa, pani nawiązała tajemny romans z młodym sokolnikiem. Kochankowie spotykali się we wschodniej wieży, gdzie pani dla niepoznaki kazała ustawić swe krosna i kołowrotek.
Po kilu miesiącach powrócił mąż, urządzono wielkie polowanie na wodne ptactwo z udziałem całego dworu. Pani strzelając z kuszy do stada cyranek, trafiła sokolnika. Młodzieniec zmarł jeszcze tego wieczora. Zrozpaczona kasztelanowa zamknęła się w swej komnacie w wieży.
Po jakimś czasie znaleziono ją martwą. Służba szeptała że sama sobie zadała śmierć wypijając truciznę. Kiedy już pochowano ją w rodzinnej krypcie, zaczęły dziać się niewytłumaczalne zjawiska: zza zamkniętych drzwi pokoju na wieży dochodził turkot kołowrotka. Straż obchodząca nocą mury widziała w oknie tej komnaty migocące światła, w szpalerach wyrindarza przechadzała się o zmierzchu zmarła pani otulona białą opończą – całunem. Sokolnicy zauważyli, że wieczorami sokół trzepoce niespokojnie skrzydłami i wydaje głos, jakim ongi witał opiekującego się nim młodzieńca. Po latach kasztelan Tuczyński ożenił się po raz drugi i smutne wydarzenie zatarłoby się w ludzkiej pamięci, gdyby nie wciąż ukazujące się zjawy.

Źródło: http://www.paranormalium.pl

Legenda o czarodziejskiej górce – Rutwica (ok 11 km od Tuczna)

Niedaleko Wałcza, w pobliżu wsi Rutwica, znajduje się miejsce budzące ciekawość, emocje, a nawet spory – to górka czarodziejską lub magnetyczną zwana. To miejsce, gdzie rozlana woda płynie pod górę, butelka, położona na szosie, toczy się szybko pod górę, a samochód, mimo wyłączonego silnika, wjeżdża szybko – również pod górkę. Im zaś większy i cięższy to samochód, tym szybciej jedzie.
Różne są hipotezy usiłujące wyjaśnić to zjawisko. Jest też i legenda opowiadająca o tym tajemniczym miejscu.
Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie było tu drogi, tylko piękny las porastał całe wzgórze, ludzie z okolicznych wsi w noc świętojańską wyprawiali się nie po kwiat paproci, ale na poszukiwanie wejścia do podziemnego skarbca, który ponoć właśnie w tę noc otwierał swe wrota. Kto trafił na otwarty gościnnie skarbiec, mógł brać złota, srebra i klejnotów tyle, ile udźwignął. Nie zdarzało się to jednak zbyt często – zaledwie raz na kilkadziesiąt lat komuś się udawało zdobyć skarby.
Pewnej nocy świętojańskiej, jak co roku, wielu poszukiwaczy szczęścia ruszyło do lasu. Każdy miał nadzieję, że to on właśnie znajdzie skarb. Była wśród nich pewna wdowa – Elżbieta, która po śmierci męża, została sama z dwuletnim dzieckiem. Bieda codziennie zaglądała jej w oczy, dlatego znalezienie skarbu wydawało się jedynym ratunkiem. Szukała więc wejścia do podziemnego skarbca, jakby chodziło o życie. Gdyby wiedziała, jak te poszukiwania się skończą…
Mijała właśnie północ, gdy wśród zarośli Elżbieta zauważyła złocisty błysk. Szybko, mimo, iż na rękach trzymała śpiące już dziecko, rzuciła się w tamtym kierunku. Znalazła! To było właśnie wejście do skarbca. Uchylone rzeźbione wrota, obrośnięte mchem, zapraszały do środka. Wdowa wstrzymała oddech – to było jak w bajce! Złote i srebrne monety, pierścienie, naszyjniki, bransolety, sztabki złota, sznury pereł. Wszystko lśniło i migotało w świetle, które w tajemniczy sposób wypełniało piwniczkę.
Wdowa weszła ostrożnie do środka, położyła śpiące dziecko na najbliższej skrzyni ze srebrem i zaczęła zbierać kosztowności. Zawieszała na szyi złote łańcuchy i sznury pereł, zakładała bransolety, do kieszeni zapaski wsypywała monety. Obudzona nagle chciwość podpowiadała: jeszcze! jeszcze! może jeszcze zdołam udźwignąć… Pochwyciła złoty dzban i napełniła go klejnotami. Zrobił się tak ciężki, że ledwo go trzymała. Zachłanność dodała jej jednak sił, pobiegła do domu, dźwigając zdobycz. W izbie wykładała kolejno przyniesione kosztowności, śmiejąc się i płacząc ze szczęścia. Nagle zamarła w bezruchu, dotarło do niej, że jej jedyne ukochane dziecko zostało w piwniczce ze skarbami! A wrota zamknąć się miały o świcie! Biegiem rzuciła się w kierunku lasu z podziemnym skarbem. Niestety! – niełatwo odnaleźć nocą w lesie drogę do miejsca, w którym było się raz. Rozpacz wdowy była przeogromna, jej płacz rozlegał się w całym lesie. Przebiegła go wszerz i wzdłuż, jednak dzień nadszedł, a nie zdołała ponownie trafić do skarbca. Zrozpaczona, błąkała się jeszcze kilka tygodni po lesie, nawoływała synka, nasłuchiwała, czy nie odezwie się gdzieś jego głosik. Prosiła drzewa, ptaki leśne o pomoc. Niestety, las pozostał nieczuły na jej błagania… Może nie umiała odczytać znaków, którymi do niej przemawiał?
W końcu Elżbieta wróciła do wsi, tak odmieniona, że nikt jej nie poznał – przybyło jej ze 30 lat, posiwiały włosy, oczy wyblakły od płaczu. Weszła do domu, gdzie czekały na nią skarby, przyniesione w tę nieszczęsną świętojańską noc. Popatrzyła na złoto i klejnoty z nienawiścią i szepnęła – bodaj bym was nigdy nie znalazła!
Odepchnęła od siebie dzban wypełniony precjozami. Posypały się na podłogę pierścienie, łańcuchy, brosze a zrozpaczonej kobiecie wydawało się, że w ich brzęczeniu słyszy szyderczy śmiech. Przyniosła worek, w który jesienią zbierała kartofle, wrzuciła do niego cały znaleziony skarb. Nie chciała już tego złota, stało się jej bardziej nienawistne, niż kiedyś bieda.
Elżbieta zastygła niemal w rozpaczy, ale na dnie jej serca kołatała mimo to nadzieja – a może jest jakaś, choćby najmniejsza szansa, aby odzyskać dziecko. Chodziła co dzień do lasu, była już niemal pewna, że skarbiec znajduje się pod niewielką górką. Wrota pozostawały jednak wciąż niewidoczne. Któregoś dnia przyszła jej do głowy myśl – może podziemny, zaczarowany skarbiec zechce oddać jej dziecko, jeśli ona zwróci zabrane kosztowności? Ożywiona tą nadzieją oczekiwała nocy świętojańskiej, by znowu odszukać to miejsce, które jej tyle bólu wraz ze skarbem ofiarowało.
Mijały miesiące, w sercu kobiety walczyły rozpacz i nadzieja, zwątpienie i oczekiwanie. Wreszcie nadeszła noc świętojańska i Elżbieta ruszyła w las, niosąc na plecach worek ze skarbem. Krążyła między drzewami, zaglądała w każde zarośla, nigdzie nie było jednak widać wejścia do skarbca. Wreszcie, gdy już niemal gasła ostatnia nadzieja, znowu między krzakami pojawił się złoty błysk, błysk, który przez ten cały rok pojawiał się w koszmarach sennych nieszczęsnej matki.
Elżbieta wbiegła do środka skarbca, tym razem jednak nie patrzyła na złoto, nie widziała przepięknych klejnotów. Jej oczy szukały tylko dziecka – lub… jego ciałka. Nagle wdowa aż padła na kolana – dziecko żyło! Leżało dokładnie tam, gdzie je położyła – na skrzyni ze srebrem. Wyglądało dokładnie tak, jak przed rokiem – jakby się w tym podziemnym skarbcu zatrzymał czas. Właśnie się zbudziło i uśmiechnęło na widok matki!
Szczęście wdowy nie miało granic. Rzuciła worek na środek skarbca, chwyciła dziecko na ręce, przytuliła do siebie i ostatni raz spojrzawszy na połyskujące złotem kosztowności powiedziała donośnym głosem – „Przeklęte skarby, obyście się w żelazo przemieniły i już nikomu nieszczęścia nie przyniosły!” Po czym szybko, nie oglądając się za siebie, wróciła do wsi. Wkrótce wszystko wróciło do normalnego życia i wdowie powoli zaczęło się wydawać, że to był tylko koszmarny sen. Czasami tylko, gdy szła do lasu zbierać chrust, nogi same niosły ją na tę czarodziejską górkę, gdzie straciła i odzyskała dziecko. Któregoś dnia zauważyła, że na ścieżce, którą wydeptała w pobliżu skarbca, niechcący wylana przez dziecko woda popłynęła strumyczkiem pod górę, zanim wsiąkła w ziemię.
Od tego czasu minęło wiele, wiele lat i nikt już nie szuka skarbu, tylko woda na tej czarodziejskiej górce, zwanej też „magnetyczną” nadal płynie pod górę…
Autor \ źródło: Beata Stankiewicz\Legendy ziemi wałeckiej, http://www.urokipojezierza.pl

O księciu Dzierżykraju – Człopa (ok 16 km od Tuczna) 

Przed tysiącem ponad lat, tam, gdzie teraz leży Człopa, rozciągała się kraina, którą rządził twardo, ale sprawiedliwie książę Dzierżykraj, Dzierżkiem również zwany. Dobrze swej ziemi strzegł ten książę, wszelkie najazdy sąsiednich władców dzielnie odpierał, sam zwady pierwszy nie szukał. Porządek na swej ziemi zaprowadził, zbójców wytępił, kupcy z dalekiego świata spokojnie mogli z towarami wędrować. Gród obronny zbudował na wzgórzu nad jeziorem, które zwane było w późniejszych wiekach Kamieniem.
Był więc książę władcą silnym, niezależnym, a i bogatym, cieszył się szacunkiem swoich podanych i sąsiadów. Lecz nawet i na niego przyszły trudne chwile – podczas jednej z walk, został trafiony zatrutą strzałą. Nikt nie potrafił znaleźć odtrutki, nie pomagały też modły, wznoszone w świętym gaju przez tamtejszych kapłanów, nie pomogły odprawiane czary. Dzierżykraj tracił siły z dnia na dzień i wszyscy wiedzieli, że już na śmierć się szykuje. Wtedy właśnie pojawił się wędrowiec, idący z Gniezna do Kołobrzegu. Poprosił o nocleg, którego mu chętnie udzielono, mimo smutku jaki panował na dworze. Gdy ów wędrowiec dowiedział się o nieszczęściu, jakie dotknęło księcia, obiecał przywrócić mu zdrowie. Dworzanie zaprowadzili go więc do łoża umierającego. Wędrowiec posmarował maścią rany, zdjął ze swej szyi krzyżyk, który miał zawieszony na rzemyku i wyszeptawszy słowa modlitwy położył go na piersiach księcia. Po kilku dniach książę zaczął powracać szybko do zdrowia. Minął zaledwie tydzień, gdy pełen sił Dzierżykraj, jak dawniej pełen sił, zwołał swych poddanych i obwieścił im nowinę – zdecydował, że przyjmie chrzest wraz ze swymi ludźmi. Zdziwili się wszyscy – wszak tyle lat nie zgadzał się książę na wprowadzenie nowej religii na swojej ziemi. Okazało się, że decyzja ta została podjęta pod wpływem słów nieznajomego wędrowca, który uratował życie księciu. Słysząc słowa podzięki, jakie Dzierżykraj skierował do niego po powrocie do zdrowia, skromnie rzekł:
„To nie ja cię uzdrowiłem, życie zawdzięczasz Bogu, który wysłuchał mej prośby, jemu wdzięczność winieneś okazać”.
„Złożę mu godną ofiarę” – rzekł Dzierżykraj.
„Najlepszą ofiarę złożysz, jeśli wraz ze swoimi ludźmi chrzest przyjmiesz” – odparł cicho wędrowiec i wyszedł z komnaty skłoniwszy się lekko.
Wkrótce decyzja księcia została zrealizowana. Dzierżykraj przyjął chrzest, a wraz z nim przeszli na chrześcijaństwo wszyscy zamieszkujący jego ziemię.
Według innej legendy o Dzierżykraju, to nie jego wyzdrowienie a powrót do zdrowia ukochanej córki po ciężkiej chorobie sprawił, iż przyjął on chrzest.
A było to tak: Długie lata czekał Dzierżykraj na upragnionego potomka – miał wszytko, o czym zamarzył: władzę, szacunek sąsiadów, sławę, bogactwo, piękne, miłujące go żony. Brakowało jednak następcy, który, gdy pora przyjdzie, dziedziczyłby tę krainę.
Przez kilka lat książę Dzierżko składał bogate dary świętym gaju, a i do chramu Świętowida niezliczone ofiary przesyłał. Wreszcie na świat przyszła dzieweczka, przez najukochańszą żonę Dzierżykraja powita i chociaż to o syna książę bogów prosił, pokochał ją nad życie. Dał jej imię Cieszynka, aby wszyscy wiedzieli, jak wielką radość księciu sprawia jej istnienie. Rosła więc jego ukochana córeczka a wszyscy starali się każdy jej kaprys spełniać, nie tylko, aby się księciu przypodobać, ale i dlatego, że piękną, mądrą i miłą była dzieweczką. Jednak radości i kłopoty na przemian przychodzą – pewnego dnia Cieszynka źle się poczuła, nie chciała się bawić, posmutniała, jadło od siebie odsuwała, mimo, iż podawano jej najlepsze smakołyki. Wieczorem gorączka i dreszcze dokuczać jej zaczęły. Zwołano najlepszych znachorów, przybyli też kapłani, by wznosić modły o powrót Cieszynki do zdrowia. Nie pomagało nic – dziewczynka słabła i gasła z dnia na dzień, nawet nie wstając już sama z łoża. Książę szalał z rozpaczy, wyznaczył wielką nagrodę temu, kto uzdrowi jego córkę. Księżna całymi dniami płakała w swej komnacie. Wszyscy stracili już nadzieję, gdy pojawili się wędrowcy zdążający z Gniezna do Kołobrzegu. Poprosili o schronienie, by wypocząć przed dalszą drogą – książę nigdy nie odmawiał takim prośbom, więc wpuszczono ich do grodu, Dzierżykraj zaś na wieczerzę poprosił. Smutna to była wieczerza – ani książę, ani jego ludzie nie potrafili zapomnieć o smutku, ani myśleć o innych sprawach, niż choroba Cieszynki. Wędrowcy zapytali, czy mogą zobaczyć chorą – zrozpaczonemu ojcu błysnęła nadzieja – może przybysze z daleka znajdą jakoweś medykamenty i uratują jego dziecko? Tak właśnie się stało – przybysze pochylili na chorą, dotknęli jej czoła, po czym wydobyli z jednej ze swych sakw zioła. Przyrządzili wywar, który polecili podawać dziecku a sami modlić się zaczęli. Już następnego dnia Cieszynka uśmiechnęła się radośnie i poprosiła o swą ulubioną polewkę a po kilku dniach o własnych siłach wstała z posłania. Radość księcia Dierżykraja była ogromna, chciał hojnie obdarować dobroczyńców. Lecz oni odrzekli, że nie im wdzięczność Dzierżykraja się należy, lecz Bogu, którego o pomoc poprosili w swych modlitwach i dla którego swą wędrówkę podjęli.
Słowa te wielkie na księciu wrażenie zrobiły i poprosił aby mu o swym Bogu opowiedzieli. Wkrótce sam wierność postanowił właśnie temu Bogu przysięgać – przyjął więc chrzest, a wraz z nim i jego ludzie. Tak więc czy to jednej, czy drugiej legendy posłuchamy – właśnie dar uzdrowienia miał być przyczyną przyjęcia chrześcijaństwa na ziemiach w okolicy Człopy.
Autor \ źródło: Beata Stankiewicz\Legendy ziemi wałeckiej,  http://www.urokipojezierza.pl
Jak powstało pojezierze wałeckie? 
Jak stare opowieści głoszą, kiedy Pan Bóg zakończył swe dzieło tworzenia ziemi i wprawił ją w ruch obrotowy przyglądał się jej dłuższy czas. Spojrzał na piękne góry i uśmiechnął się, popatrzył na oceany i również się uśmiechnął. Później z troską pochylał się nad różnymi fragmentami kuli ziemskiej. Tu dołożył złoża węgla, tam rudy metali, tu rzucił szlachetne kamienie, tam sól, tu glebę tak żyzną, że rośliny mogły wspaniale rosnąć, tam jeszcze inne bogactwa natury.
Kiedy zaś Stwórca skierował wreszcie wzrok na nasze okolice – posmutniał. Gleba tu była piaszczysta, teren pofałdowany, a zapas skarbów, którymi obdarzał ziemię już się wyczerpał…
Zapłakał Pan Bóg rzewnymi łzami, a łzy te, spadały na ziemię wałecką tworząc liczne, piękne jeziora, które do dziś dnia ozdabiają tutejszy krajobraz.
Autor \ źródło: Beata Stankiewicz\Legendy ziemi wałeckiej, http://www.urokipojezierza.pl

Wałeckie jeziora – Wałcz (ok 30km od Tuczna)

  Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie było miasta Wałcza, tylko rybacka osada Wolczen zwana, jeziora Zamkowe i Raduńskie stanowiły jedno duże jezioro, bardzo zasobne w ryby. Jedna rodzina rybacka zarzucała sieci po jednej stronie jeziora, druga po drugiej, czasem wypływali aż na środek jeziora. Żyli zgodnie, do pewnego jednak czasu. Zbyszko, pochodzący z pierwszej rodziny upatrzył sobie Ryfkę z drugiej rybackiej familii.

Piękna to była dziewczyna, wielu za nią oczy wypatrywało. Jej ojciec obiecał ją jednak Wojsławowi  z sąsiedniej osady, wobec którego dług wdzięczności miał za uratowanie życia. Dopóki Ryfka nie zauważyła gorących spojrzeń Zbyszka, nie sprzeciwiała się ojcowskiej woli. Kiedy jednak raz i drugi Zbyszko piękny uśmiech jej posłał a miłym słowem zagadnął, w sercu Ryfki zaczęło uczucie kiełkować i coraz mniej jej się uśmiechało za Wojsława wychodzić. Mijały dni, młodzi coraz bardziej ku sobie się mieli. To na spacer wymknęli się do lasu, to nad jeziorem razem posiedzieli, śpiewu ptaków albo i rusałek jeziornych posłuchali i plany snuli, jak to pięknie będzie, kiedy razem zamieszkają.

Ryfka miała nadzieję, że ojciec się jej błaganiom nie oprze i obietnicę dana Wojsławowi zastąpi jakim hojnym podarunkiem. Kiedy jednak ojciec się o zamiarach młodych dowiedział, zawrzał gniewem:
– Słowo dane, ważniejsze nad wszystko! Wojsław mi życie uratował. Honor nie pozwala mi na złamanie przysięgi!
– Ojcze, tu idzie o moje szczęście, o moje życie całe. Mogę-li kochając Zbyszka za innego iść?
I Ryfka zaniosła się od płaczu. Nie pomogła jednak rozpacz dziewczyny, nie udało się i matce zmienić decyzji ojca.
– Tu o honor idzie! –  powtarzał ojciec.
Ryfka jednak wyżej ceniła miłość. Uciekła więc ze Zbyszkiem. Zamieszkali samotnie nad innym jeziorem. Zbyszko zbudował chatę i żyli razem a choć miłość ich była wielka, szczęście mąciły wieści o tym, co się w rodzinnej osadzie dzieje.

Obie rodziny zaczęły spory i kłótnie – zaczęło się od pretensji o ucieczkę Ryfki i Zbyszka, później każda sprawa stawała się pretekstem do dalszych nieporozumień. Kłótnie przeniosły się też nad jezioro. Wcześniej rybacy nie wchodzili sobie w drogę, teraz to łowili na wodach, które wedle zwyczaju do drugiej rodziny należały, to uszkadzali sobie nawzajem sieci…
Bardzo to przykre dla Zbyszka i Ryfki było, a że żyjąc nad jeziorem często widywali panny wodne, któregoś dnia opowiedzieli im o swym kłopocie.

– Zaradzimy temu – odrzekła najstarsza rusałka – jutro rano wasze rodziny przestaną kłócić się o łowiska.
Jak obiecała, tak się stało. Nocą wody jeziora nagle się rozstąpiły się i wyłonił się pas ziemi wilgotnej, zamulonej przecięty rzeczką, łącząca powstałe w ten sposób dwa oddzielne jeziora. Rybacy przerażeni tym, co się stało, zrozumieli to jako znak, by zaprzestać wreszcie sporów. Jedna rodzina łowiła odtąd ryby na jednym jeziorze, druga na drugim i kłótnie ustały.

Zbyszko i Ryfka żyli długo i szczęśliwie a ziemia, która niegdyś była pod wodami jeziora pozostał na długo podmokła a do dnia dzisiejszego istnieje przepływ między jeziorem Raduńskim i Zamkowym.

 Żródło: http://www.muzeum.walcz.pl
Łabędzie na jeziorze Zamkowym – Wałcz (ok 30km od Tuczna)

 Dawno, dawno temu w wałeckie lasy przybył na polowanie książę Waromir ze swą drużyną. Lasy te były piękne, zasobne w zwierzynę a i okolice zachęcały do wypoczynku, rozbili więc obóz nad jeziorem, aby  pozostać tam na kilka dni.

Traf  chciał, że wybrali ulubione miejsce spacerów Radomiły – pięknej dziewczyny, mieszkającej w osadzie rybackiej, która później miała się przeobrazić w miasto Wałcz.Gdy Radomiła zobaczyła księcia siedzącego przy ognisku przystanęła zdziwiona i trochę wystraszona. Waromir usłyszał szelest, podniósł oczy, spojrzał na dziewczynę i był pewien – to właśnie ja chce pojąć za żonę. Ujrzała dziewczyna zachwyt w jego oczach i zrozumiała. Jej serce zabiło inaczej. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Wolno, bez słowa, jak we śnie szli ku sobie.
– Jam książę Waromir, proszę cię, nadobna pani o twą rękę.

Radomira tylko skinęła głową. To były pierwsze chwile ich znajomości, potem były długie rozmowy – opowiadali o sobie, swym życiu, planowali wspólną przyszłość. Uradzili, że Waromir pojedzie do swego zamku i powróci, zanim księżyc w nowiu stanie. Przyjedzie z darami, by prosić ojca dziewczyny o jej rękę. Wymienili się pierścieniami. I odjechał książę ze swoją drużyną, a Radomira zaczęła przygotowania do zrękowin. Przygotowała piękny biały płócienny strój a na głowę wieniec z białych kwiatów. Podobnie przystroić się miały druhny. Lecz oto księżyc do nowiu doszedł a Waromir się nie zjawiał.

Czekała Radomira całą noc a rozpacz, gniew i wstyd  o lepsze w jej sercu walczyły. Tak nadszedł świt. Zmęczona czuwaniem zasnęła Radomira a z nią i jej druhny. Wtem zbudził je łopot łabędzich skrzydeł. Tuż przy nich wylądowało stado łabędzi. Największy, najpiękniejszy łabędź, kołysząc się na swych krótkich łapach podszedł do panny Radomiry i wtedy zobaczyła ona wśród piór jego skrzydła pierścień, który dała Waromirowi! Łabędź patrzył smutno w jej oczy, jakby pytał: Rozumiesz?

Pobiegła dziewczyna do wiedźmy mieszkającej nad drugim jeziorem, prosząc o pomoc. Rozpaliła wiedźma ognisko, dosypała tajemnych ziół do ognia, zapatrzyła się w migające płomienie, zasłuchała się w ich szept. Opowiedziała Radomirze historię, jaka się wydarzyła:

Otóż, kiedy Waromir wrócił na zamek i ogłosił, że znalazł najpiękniejszą dziewczynę na świecie i wkrótce będzie wesele, rozgniewała się tymi wieściami czarodziejka Lemora, która tam mieszkała. Kochała ona księcia i od dawna usiłowała zdobyć jego serce. Teraz zrozumiała, że nic z tego. Zjawiła się jednak u Waromira, usiłując odwieźć go od zamiaru małżeństwa i zwrócić jego myśli ku sobie. Gdy jej się to nie udało, Lemora pełna złości rzuciła czar na księcia i jego drużynę, zamieniając ich w stado łabędzi.
– Czy możesz zdjąć z nich ten czar? – z nadzieją zapytała Radomira.
– Nie, ten czar jest zbyt silny, moc Lemory przewyższa moją moc – pokręciła smutno głowa wiedźma.
– W takim razie zamień mnie w łabędzia… To jedyny sposób, abym była z tym, którego kocham i któremu obiecałam, że będę z nim na dobre i na złe…

W ten sposób i Radomira stała się pięknym, białym łabędziem a całe stado zamieszkało nad jeziorem, obecnie zwanym Zamkowym. Od tych wydarzeń minęły wieki, ale do tej pory mieszkają tu łabędzie, choć książęcej pary ze złotymi pierścieniami już dawno nikt wśród nich nie widział…

Źródło: http://www.muzeum.walcz.pl

Zamek w Wałczu – Wałcz (ok 30km od Tuczna)

Wałcz, jak i wiele innych miast na Pomorzu, miał niegdyś piękny zamek. Zamek ten stał u nasady półwyspu na jeziorze zamkowym zwanym. Na zamku tym król osadził starostę, by ten dbał o bezpieczeństwo miasta i jego mieszkańców.

Starosta wałecki był człowiekiem mądrym i prawym. Rządził dobrze i sprawiedliwie, na zamku i w mieście dobrze więc się działo. Staraniem starosty i jego służby piękniał zamek z dnia na dzień, lecz wszyscy mówili, że brak tu jeszcze niewiasty, która by przy staroście jako małżonka na zamku zamieszkała i kobiecym sposobem wszystkiego dopatrzyła. Staroście również znudził się kawalerski żywot, zabrał się więc za poszukiwania panny młodej. Przebierał, wybierał, aż w końcu pannę z dalekich stron przywiózł. Urodziwa to panna była i wesoła, szybko więc podbiła serca dworzan. Tylko sędziwy Kazimir kręcił głowa i szeptał „Oj, ta Pani nie przyniesie nam szczęścia…” . Ale nikt nie słuchał jego mruczenia. Mijały miesiące… pani na zamku nadal piękna była, ale coraz mniej wesoła – narzekała, że nudno, że smętnie a ona chciałaby zabawy, tańców, śpiewów, muzyki. Ożywiała się jeno wtedy, gdy na zamek przybywali grajkowie, trubadurzy i wędrowni aktorzy. Cieszyła się, klaskała, śpiewała z nimi.

Mieszkańcy zamku zaczęli prosić niebo o potomstwo dla starosty i jego pięknej żony, mając nadzieję, że wtedy może spoważnieje ona i stanie się prawdziwą władczynią na zamku. Wiele dni nie minęło a starosta wieść ogłosił „potomek w drodze”. Czas płynął szybko, ani się wszyscy obejrzeli, a urodził się chłopczyk, tak urodziwy jak jego matka. Piękna pani kilka tygodni zajmowała się z przejęciem niemowlęciem, nawet mamki do niego nie wołając.

Starosta szczęśliwy, że się jego małżonka odmieniła, postanowił coś dobrego dla miasta uczynić i wyruszył do Krakowa, aby wyprosić u króla prawo do kolejnych jarmarków dla miasta. Wyprawa miała potrwać kilka miesięcy, ale starosta był pewien, że mu się powiedzie. I wszystko dobrze by się zakończyło, gdyby na zamek nie przybył wędrowny trubadur. Piękne piosneczki śpiewał a i sam był jak malowany. Spodobało się pani jego granie, spodobało się jego śpiewanie a wkrótce i on sam tak jej myślami zawładnął, że ta o swoim dziecku potrafiła zapomnieć, patrząc na grajka i słuchając  jego pieśni.

Pewnego dnia wzięła starościna swego synka, by razem z nim nad brzegiem jeziora cieszyć się pieśniami trubadura. Słuchając, zastygła wręcz w zachwycie, ale maluchowi szybko się znudziło i tak jak potrafił, na czworakach powędrował nad jezioro, na mostek, który był nieopodal. A gdy wiedziony ciekawością pochylił się nad lustrem wody, cichy tylko plusk obwieścił moment, gdy wpadł do jeziora i pożegnał się z życiem…
Dopiero gdy zmierzch nadszedł i pora  była do zamkowych komnat wracać, pani przypomniała sobie o synku. Zaczęła szukać synka, zrazu spokojnie, później coraz bardziej rozpaczliwie. Znalazła – niestety, dziecko już nie żyło…

Co robić? Przypomniała sobie, jak opowiadano na zamku, że na końcu półwyspu w jasną księżycową noc można spotka rusałki, które wychodzą z jeziora na  brzeg, by śpiewać i pląsać w blasku srebrnych promieni księżyca. Pomyślała z nadzieją – może i dzieci rusałek wtedy wychodzą na brzeg? Może mogłabym zabrać jedno, by mąż się nie dowiedział o mojej lekkomyślności i utracie potomka?

Jak pomyślała, tak postanowiła zrobić. Za kilka dni była pełnia. Starościna podkradła się ku zaroślom na końcu półwyspu i aż zamarła z zachwytu – piękne jeziorne rusałki pląsały w świetle księżyca, ich stroje lśniły perłowym blaskiem, a śpiew brzmiał tak pięknie, że słuchać by go można bez końca. Godzinę trwała w bezruchu. W końcu jednak przypomniała sobie, po co tu przybyła i rozejrzała się     – i oto w grupie bawiących się małych rusałek zobaczyła dwoje maluchów  w wieku swego zmarłego dziecka. Gdyby jeszcze któreś było chłopcem… Przyjrzała im się uważnie.  Tak! jedno z nich z pewnością mogłoby zastąpić jej synka. Przesunęła się ostrożnie, by nie spłoszyć malucha i powoli wyciągnęła w jego kierunku rękę  z bransoletą z ametystów. Kolorowe kamyki błysnęły zachęcająco. Jeziorne dziecko spojrzało z zainteresowaniem i ruszyło w ich kierunku a gdy było już blisko kobieta szybko go pochwyciła i pobiegła ile sił w nogach na zamek.

Rusałki, zajęte tańcem, zobaczyły to o chwilę za późno i choć ruszyły bardzo szybko, brama zamku zatrzasnęła się przed nimi z hukiem. Ich rozpacz i gniew nie miały granic, nie mogły   zrozumieć, dlaczego nagle pani z zamku zabiera im dziecko. Tyle wieków żyły spokojnie w jeziorze Zamkowym, a ludzie nigdy  nie czynili im krzywdy. Postanowiono, że Euriel, matka porwanego dziecka, pójdzie za dnia na zamek upomnieć się o swoje dziecko.

Następnego dnia na zamku było wielkie święto. Wrócił starosta, przywiózł miastu nadane przez króla prawo do kolejnych jarmarków. Witała go żona z dzieckiem na ręku. Wszyscy się cieszyli, wiwatowali, gdy nagle pojawiła się Euriel.  – Oddajcie mi moje dziecko! – powiedziała spokojnie, ale stanowczo.
– O czym ona mówi? Jakie dziecko – zdziwił się starosta.
Euriel wyciągnęła ręce ku swemu maleństwu.
– To moje dziecko, nie oddam go nigdy! – krzyknęła starościna, odwracając się plecami do Euriel, aby dziecko nie widziało swej prawdziwej matki.

Zaczął się spór. Starosta, choć miotały nim różne  uczucia – od przerażenia po gniew, chciał zachować zimną krew i aby  przekonać się, kto mówi prawdę postanowił skorzystać ze sposobu Salomona. Rzekł więc:
– Skoro obie chcecie być matkami dla tego dziecka – podzielimy je na pól, żeby było sprawiedliwie.
– Niech się stanie! – zawołała pani
– Nigdy! – krzyknęła w tym samym momencie rusałka – nigdy tego nie uczynicie! Na pół falami jeziora niech zostanie przecięty wasz zamek!

W tym momencie z jeziora zamkowego podniosła się wielka fala i stało się tak, jak powiedziała Euriel.  Pod naporem tej fali zamek rozpadł się na dwie połowy, które woda błyskawicznie zabrała. Jedna połowa zamku zniknęła w wodach jeziora po jednej stronie półwyspu, druga po drugiej…

I tak przestał istnieć wałecki zamek wraz z jego mieszkańcami. Ponoć czasem w pogodną księżycową noc, z półwyspu w wodach jeziora, można zobaczyć jak w obu częściach zamku bawią się rusałki, które od tej pory już nigdy nie wychodzą tu na ląd. Zaś imię pani tego zamku, przez którą przestał on istnieć, mieszkańcy Wałcza wymazali z wszelkich kronik, nie chcąc jej wspominać. Dlatego w tej legendzie występuje jako bezimienna.

Źródło: http://www.muzeum.walcz.pl

Dzwony z Jeziora Bytyń (ok 15 km do Tuczna)

Przed wiekami, we wczesnym średniowieczu, na półwyspie wcinającym się w jezioro Bytyń Wielki znajdował się gród Bytyniem lub Bytomem zwany. Na początku XII wieku jego mieszkańcy sprzeciwili się Bolesławowi Krzywoustemu, gród więc został spalony i zrównany z ziemią. W późniejszych latach, ponieważ sława o walecznym grodzie przetrwała, w pobliżu jeziora Bytyń, na pagórkowatym terenie zbudowano zamek, który był siedzibą starosty zarządzającego znacznym terenem – od Mirosławca po Ujście i od Jastrowia po Człopę. U podnóża tak zwanej wówczas „Zamkowej Góry”, powstała osada, a starosta podarował nowo wybudowanemu kościołowi dwa dzwony. Dzwonom, zgodnie z wolą fundatora nadano imiona „Maria” i „Małgorzata”. Nadeszły lata szwedzkiego potopu, które ponuro zapisały się w dziejach. Mieszkańcy, ratując dzwony przed zrabowaniem ich przez szwedzkich żołdaków i przetopieniem na armaty, ściągnęli je z kościelnej wieży i zatopili w głębinach jeziora Bytyń. Bezlitosna wojna spustoszyła okolice, nieliczni mieszkańcy, którym udało się przeżyć wynieśli się w inne strony. O dzwonach zapomniano.
Po wielu latach, kilku rybaków z pobliskiej osady łowiło ryby w tym jeziorze. Jakież było ich zdumienie, zauważyli, że w ich sieci znalazły się dwa dzwony. Ciężko pracując nad ich wyciagnięciem, zaczęli rozprawiać, co zrobią ze znaleziskiem. Jeden z rybaków wolał – Musimy je do kościoła oddać! Wtedy rozległ się dźwięk dzwonu zwanego Małgorzatą, który jakby wołał: Mario, idziemy na ląd! Rybacy jednak dalej dyskutowali – drugi z nich przekonywał, że lepiej będzie, rozgłosu nie czyniąc, dzwony sprzedać, a uzyskane pieniądze mieć dla siebie. Wtedy rozległ się głos drugiego dzwonu – Małgorzato, wracamy na dno! Rybacy zapamiętali w kłótni nie zwracali uwagi na głosy dzwonów… Byli już zdecydowani sprzedać nieoczekiwane znalezisko. Wtem dzwony siecią szarpnęły gwałtownie, ta rozerwała się na strzępy i dzwony zniknęły w głębinach. Daremnie usiłowali je rybacy jeszcze raz wyłowić. Przepadły jednak bez śladu, więc źli i niespokojni rozeszli się do chat. Nikomu już nigdy nie udało się ich wyłowić. Ponoć jednak niekiedy z głębin jeziora, przez szum wiatru, przebiją się tajemnicze, odległe głosy dzwonów – to Małgorzata i Maria sprzeczają się, czy wrócić na ląd, czy nie.
Autor \ źródło: Beata Stankiewicz\Legendy ziemi wałeckiej

Skąd się wzięły ziemniaki na Ziemi Wałeckiej?

Dzicy przodkowie uprawnych form ziemniaka występują w Andach i na sąsiednich terenach, od Meksyku aż po Chile. Ziemniaki uprawiane były od dawna przez Inków -już ok. 3500 lat temu. Do Polski przywiózł je prawdopodobnie z wiedeńskiej wyprawy (1683) Jan III Sobieski. Od 2 połowy XVIII w. ziemniaki uprawiane są jako roślina jadalna. Ponoć jednak na ziemi wałeckiej pojawiły się już na początku XV wieku. Jak do tego doszło? Podobno dzięki starej Jadwiżce…

Mieszkała ona na skraju lasu przy jeziorze Raduńskim. Dobra to była kobieta, wszyscy mogli na nią liczyć w potrzebie. Opiekowała się też zwierzętami, które garnęły się do niej. Leśne sarny, jelenie, lisy, dzikie ptactwo nawet, gdy przydarzyło im się coś złego, u niej szukały ratunku. Znała Jadwiżka dobrze las, wiedziała, gdzie szukać grzybów, gdzie jagód a i przechowywać zbiory umiała nadzwyczajnie, nigdy jej jedzenia nie zbrakło. Dlatego, gdy przywędrował ktoś głodny, zawsze mógł liczyć na poczęstunek. Chore zwierzęta też znajdowały u Jadwiżki schronienie i karmę. Zaglądał też do niej wielki biały jeleń – król tutejszych zwierząt, ponoć znał on ludzką mowę i od niego właśnie wiele Jadwiżka o lesie się uczyła.

Któregoś roku Jadwiżka zachorowała, nie mogła jak zwykle przygotować zapasów: A kiedy przyszła zima – zwierzęta, przyzwyczajone do tego, że zawsze znajdą w trudnych chwilach u starej kobiety pożywienie, na próżno czekały pod chatą. Na widok ich smutnych oczu Jadwiżka zapłakała gorzko:

– Nie mam dla was nic, przyjaciele… tym razem odejdziecie głodni…

Z zawianej śniegiem osady przybiegły dzieci, które tułały się od chaty do chaty po śmierci rodziców, lecz i dla nich Jadwiżka nic nie miała. O swoim głodzie nawet nie myślała… ale bardzo chciała pomóc innym. Wyszła przed chatę i zawołała białego jelenia. Może on wskaże mi sposób…. jak ratować tych biedaków? – pomyślała a cichutka nadzieja zakołatała w jej sercu.

Tak się też i stało. Jeleń przybiegł, a w pysku przyniósł garść żołędzi.
– Dziękuję przyjacielu, lecz jak tą odrobiną żołędzi mam wykarmić tak wielu głodnych?
– Weź te żołędzie w dłonie i pomyśl, co możesz z nimi zrobić, na razie więcej nie mogę ci powiedzieć.

Tak też Jadwiżka uczyniła, ale im dłużej myślała, tym mniej prawdopodobne jej się wydawało, by znalazła jakieś rozwiązanie. Znowu zapłakała, a jej łzy skropiły trzymane w rękach żołędzie. A wtedy… żołędzie zaczęły zmieniać wielkość i kształt, zaczęło się ich robić coraz więcej, aż wypełniły prawie pół chatki. Biały jeleń aż podskoczył z zadowolenia.

– Tak głosiły stare leśne pieśni – gdy suche żołędzie łzami pokropi kobieta, która żadnemu stworzeniu krzywdy nie wyrządziła, a tylko całe swe życie pomocą innym służyła, zamienią się one w bulwy, które wiele istnień od głodu uratują. Spełniła się ta przepowiednia!

Jadwiżka piekła ziemniaki w ognisku, gotowała i tak karmiła tych, co głodni do niej po pomoc przybiegali. Na wiosnę zaś, za radą białego jelenia, obsadziła swoje pole ziemniakami, a i innym gospodarzom też porozdawała po porcji sadzeniaków. Od tego czasu na wałeckich polach uprawiane są ziemniaki a potrawy z nich do dziś dnia są bardzo popularne.

Źródło: http://extradwojka.com

Ostatnia zabawa świętojańska

Jak w wielu innych miastach, tak i w Wałczu obchody nocy świętojańskiej były doskonałą zabawą dla młodzieży. Wicie wianków, skoki przez ognisko, wróżby, poszukiwania skarbu, czy kwiatu paproci a może raczej po prostu własnego szczęścia… sprawiało, że na tę niepowtarzalną noc czekało się cały rok. Szczególnie, gdy właśnie wówczas miała się rozstrzygnąć czyjaś przyszłość.

Tak miało być w przypadku Zofki. Przyszła już pora, by dziewczyna zadecydowała za kogo za mąż pójdzie – kawalerów było dwóch – Piotrek – ubogi, ale zdolny stolarczyk i Grzela Klimczak – bogatszy, z domem i sporym kawałkiem ziemi konkurent. Rodzice Zofki chcieli na zięcia Klimczaka, ich zdaniem on lepszą przyszłość mógł dziewczynie zapewnić. Zofce do serca Piotrek Ruczaj przypadł, jednak jeszcze się wahała – a jeśli rodzice rację mają? Jeśli łatwiejsze życie przy boku Grzeli będzie? Zdecydowała, że świętojańskie wróżby rozstrzygną, którego lepiej wybrać.

Od ranka wszyscy młodzi szykowali się do uroczystości, w tajemnicy przed starszymi. Dziewczęta plotły wianki, a każda chciała, by jej był najpiękniejszy i najlepiej pływał. W końcu tu o ich przyszłość niemalże szło! Zofka też przygotowywała wianek, ale że się tym bardzo przejmowała, stale coś się psuło. W końcu wianek był gotowy a Zofka szeptała nad nim zaklęcia, prosząc, by lepszego kandydata na męża jej wskazał.

Nadszedł wieczór – chłopcy przygotowali nad jeziorem Raduńskim wielki stos z chrustu, dziewczęta poukładały wianki nad brzegiem, przygotowano też jadło i napitki. Wreszcie rozpalono ognisko – płomienie strzeliły w górę, rozpoczęły się zabawy i taneczne pląsy a chłopcy zaczęli się przygotowywać do skoków, którymi mieli udowodnić swą odwagę i zręczność. Który lepiej skoczy – ten lepszą opinię u dziewcząt zdobędzie.

Zebrały się dziewczęta przy ognisku, każda przejęta – kim się jej wybranek okaże – zuchem czy łamagą?
Jako pierwszy skoczył Piotrek – zgrabnie zdecydowanie, bez odrobiny lęku przeskoczył przez wysokie płomienie i zarumieniony od żaru i zadowolenia, stanął przy Zofce, jakby chciał powiedzieć:
– Czy jeszcze masz wątpliwości, moja najmilsza?

Razem obserwowali kolejne skoki, Zofka choć czulą, że Grzela nie może okazać się lepszy czekała na jego skok. Ale chłopaka nie było – nie skoczył, nie mogła go też znaleźć wzrokiem wśród radosnego tłumu.

Raptem ktoś zawołał:
– Rajcy nadchodzą, uciekajmy!

Od strony miasta nadciągała grupa dorosłych mieszczan z wałeckimi jezuitami na czele. W rękach mieli pochodnie, ale nie wyglądali wcale tak, jakby się chcieli przyłączyć do beztroskiej zabawy. Wyraźnie mieli zamiar rozpędzić towarzystwo, by młodzi nie bawili się tak, jak to za pogańskich czasów bywało. Wraz z nimi szedł Grzela!

Zofka, zanim wraz z Piotrkiem biegiem wróciła do miasta, zauważyła swego drugiego konkurenta – to on przyprowadził rajców, by rozgonili świętojańską zabawę! Teraz dziewczyna nie miała już żadnych wątpliwości – tchórz i donosiciel nie mógł zostać jej mężem.

Wybrała Piotrka, tak, jak to wcześniej serce podpowiadało i żyli długo i szczęśliwie. A minęło wiele, wiele lat, zanim znowu nad wałeckimi jeziorami zapłonęły w noc świętojańską ogniska.

Źródło: http://extradwojka.com

Dąb Piastowski

Nad brzegiem jeziora Raduń dziś jeszcze można zobaczyć wielki, próchniejący pień, pozostałość po pięknym dębie „piastowskim”, przez niemieckich mieszkańców niegdyś „alte Eiche” nazywanym.

Niegdyś był to wspaniały, wielki dąb, miejsce spacerów, spotkań i potajemnych schadzek mieszkańców miasta. Ile czułych słówek, wyznań, westchnień, słyszało to drzewo, tego nikt by nie zliczył. Dlaczego było takie popularne? Może ze względu na swą urodę, może ze względu na tajemnicę, która była z nim związana…

Dawno, dawno temu, w lesie, w okolicy tego drzewa, mieszkała stara kobieta, znająca się na ziołach, na czarach i różnych tajemnych sprawach. Pomagała ona chętnie okolicznym mieszkańcom, jednak biada temu, kto odważył się ją rozgniewać. Potrafiła winowajcę zmienić w kamień, lisa, zająca lub leśną mysz i często już nie przywracała biedakowi dawnej postaci. Bali się więc jej ludzie, ale i pomocy często u niej szukali.

Któregoś jednak roku, podczas nocy świętojańskiej, popili sobie wałeccy młodzianie. Żartom, śmiechom i przechwałkom nie było końca. Co i rusz ktoś wychodził z coraz bardziej nierealnym konceptem, by się pochwalić, jaki to on dzielny. W końcu Pietrek krzyknął:
– A ja bym się nie bał coś takiego zrobić, czego żaden z was by nigdy nie uczynił!

Pozostali młodzieńcy wybuchnęli śmiechem
– Co ty zrobisz, każdy z nas powtórzy!
– Tak? No to idziemy całą gromada powiedzieć czarownicy z lasu, że się ani jej, ani nijakich czarów nie boimy!

Zaschło w gardle „dzielnym” chłopakom. Ale słowo się rzekło – ruszyli razem nad jezioro, przeprawili się na drugą stronę. Idą, idą, a jeden na drugiego spoziera, mając nadzieję, że któryś pierwszy da znak do odwrotu. Tak to na drżących nogach dotarli do szałasu wiedźmy.

– My się wiedźmy nie boimy a z jej czarów sobie drwimy – zawołali ciszej, niż zamierzali, ale stara czarownica i tak to usłyszała. Pojawiła się nagle, jakby spod ziemi wyrosła, oczy jej błysnęły gniewem, machnęła ręką, mamrocząc jakieś zaklęcie i oto z gromady wyrostków stała się chmara świetlików.

I tak zostało już na zawsze. Tak przynajmniej głosiły opowieści, które powtarzali przez kolejne lata ci, którym się zdarzyło zobaczyć świetliki układające się w powietrzu w napis „Ratujcie nas”. Podobno rodziny chłopców, kiedy dotarła do nich wieść o tym, co stało się koło dębu, prosili o pomoc wiedźmy z innych okolic, by ten czar zdjęły, ale żadnej to się nie udało. Świetliki z czasem pogodziły się ze swoim losem, przestały prosić o ratunek i tylko czasem dla żartu, gdy pod dębem spotykała się jakąś para, układały w powietrzu świecące serduszko lub błyskawice, zależnie od tego, czy przewidywały dla tej pary szczęśliwe wspólne życie, czy rychłe rozstanie.

Dlatego też, panny chętnie prowadziły konkurenta w pobliże dębu, by przekonać się co do jego prawdziwych zamiarów. Panna, która zobaczyła serduszko, mogła spokojnie planować ślub.

Kiedy ostatnio widziano świetliki koło dębu? Dokładnie nie wiadomo, nie każdy lubi się przyznawać, że wierzy w stare opowieści i że w ten właśnie sposób chciał się przekonać o swej przyszłości. Może jeszcze tam żyją i nadal przepowiadają przyszłość zakochanym parom?

Źródło: http://extradwojka.com

Leśny duch z wałeckiej bukowiny

Przed wielu laty, żył w Wałczu Piotr, nazywany też Peter. Porządnej pracy się nie imał, za to chętnie to coś komuś z chałupy ukradł, to na gościńcu na podróżnego napadł i sakiewkę zabrał. Szykując się na „łowy” zawsze przebierał się tak, by postrach wzbudzić – twarz na ciemno wysmarował, ubranie jakieś dziwne założył, jeszcze się gałązkami zamaskował, żeby było go trudniej zauważyć.

Kiedy go ludzie, na odwagę się zebrawszy, o kradzież oskarżali i zwrotu zdobyczy się domagać zaczynali, śmiał się tylko i tłumaczył, że to nie on, to jakiś leśny duch to zło czyni, do niego się upodabniając. Jedni wierzyli, inni nie, nigdy jednak na gorącym uczynku złapać się nie dał. Umknął zawsze w las z łupem i tyle go widziano. Kiedy zaś wracał do domu, wyglądał już inaczej. Trwało to ładnych parę lat.

Któregoś lata napadł na gościńcu na ubogą kobietę, która szła do swej matki – staruszki, niosąc trochę pożywienia i kilka monet, aby ta mogła medykowi za swoje leczenie zapłacić. Córka długo oszczędzała, by pomóc matce. Peter zabrał jej wszystko bez wahania. Kiedy zaś zawołała w rozpaczy – Jakimże ty człowiekiem jesteś, skoro biedakowi ostatnie grosze zabierasz? – zaśmiał się tylko drwiąco – Bo i nie człowiekiem jestem, tylko leśnym duchem – i znikł w najbliższych zaroślach.

Wracała więc płacząc kobieta do domu, już nie gościńcem, ale skrajem lasu. Na chwilę siadła pod drzewem. Zaszumiały liście poruszone wiatrem a wtedy ona pełna żalu zawołała:
– Czemu las tak złego leśnego ducha na gościniec wysyła, by rabował ubogim, to co z trudem uzbierali? Jakże ja teraz matkę – staruszkę poratuję, gdy sama już nic nie mam…
– Leśny duch mówisz? Co ja ci zabrałem? Widzę cię po raz pierwszy dzisiaj – dotarły do niej raptem melodyjnie wypowiedziane słowa.

Rozejrzała się zdumiona – głos zupełnie nie przypominał głosu rabusia. Zobaczyła jakby mgłę i wirujące w niej liście. Opowiedziała więc, co jej się zdarzyło, nie wiedząc, czy śni, czy też mówi do jakiejś zjawy lub własnego przywidzenia.
– Bądź dobrej myśli i wracaj do domu – zaszemrało wśród liści. Tak więc zrobiła.

Tymczasem Piotr maszerował przez las, zastanawiając się, czy się jeszcze tego dnia o lepszy łup postarać, czy do domu już iść i odpocząć. Nagle potknął się o jakiś wystający korzeń, podnosząc się zawadził głową o gałąź, uderzył się w ramię o jakiś konar. Zaledwie zrobił kilka kroków sytuacja się powtórzyła, znowu leżał na ziemi a gdy próbował się podnieść, czuł jakby walczył z jakimś niewidzialnym przeciwnikiem. Poczuł się dziwnie, ulotniła się gdzieś jego odwaga. Wtedy usłyszał śmiech, rozlegający się ze wszystkich stron, zza każdego drzewa, zza każdego krzaka.

– Co jest…? Kim jesteście, czego chcecie? – krzyknął przerażony.
– Jestem leśnym duchem, jestem leśnym duchem – popłynęło z różnych stron – ty ponoć też, więc czemu mnie się boisz?
– Ja nie… nie jestem… jestem tylko….
– Jesteś tylko zwykłym rabusiem, napadającym nawet na ubogich ludzi! Na dodatek przedstawiasz się moim imieniem, tego nie wybaczam nikomu…

Piotr przerażony, bliski obłędu, prosząc o litość przyrzekł, że nigdy nie będzie udawał leśnego ducha, nigdy już nie zabierze, co do niego nie należy l naprawi wyrządzone ludziom szkody.

Tak rzeczywiście uczynił a kiedy tylko nachodziła go chęć, by znów wrócić do dawnego procederu, przypominał sobie to, co przeżył w lesie i już do końca swego życia trzymał się złożonych prawdziwemu leśnemu duchowi obietnic.

A leśny duch z wałeckiej Bukowiny, ponoć jeszcze nie raz, pojawiał się tym, którzy próbowali kłusować w lesie, kogokolwiek okraść, czy inną nieuczciwość popełnić.

Źródło: http://extradwojka.com